Chapter 2.23 Iluzje wyborów

22 stycznia 1995 (niedziela)

w roztańczonym spokoju
kościoła przeklętych
rozłożyłaś przede mną mapę

miasto, którego sieć ulic i dzielnic rozpoznaję
jak ułożenie palców na klawiaturze komputera

miasto, gdzie dobrze znam miejsca,
gdzie nie warto jeść albo się uśmiechać

miasto ułożone w drżącym od gniewu i świateł
balansie terytoriów oznaczonych jaskrawymi tagami

miasto, które umiera i na nowo powstaje
każdego poranka i każdego wieczoru

wypacza się teraz i odkształca 
zrozumieniem nowych, krwawych zależności

nazwiska i tytuły, rody i klany, zasady i prawa 
rozbłyskują nowymi znaczeniami, które mają mieć teraz dla mnie
śmiertelnie poważne znaczenie

a w mojej głowie brzmi tak głośno
jak łatwo obiecałaś mi ostateczną śmierć
jak nikła była nadzieja Bethany i Omara
jak przeszywający był ból kłów Jamesa
jak obezwładniająca sama aura Emila

narasta we mnie przerażające zrozumienie konsekwencji
niedopełnienia rozlicznych praw i powinności Spokrewnionych

a w mojej krwi wybrzmiewa echo mnie samej
wraz z całym przekleństwem Kaina
wraz z całym dziedzictwem Haqima
wraz z całą złożonością Camarilii
wraz z całą powinnością Potomka

wolność decyzji wydaje mi się żałośnie kruchym konceptem
a wybór tylko złudzeniem w zbiorze przypadków
naniesionych na skomplikowaną mapę, której nie umiem przeczytać

wychodząc ubieram maskę zamiast twarzy
czuję strach i szacunek

czy tego właśnie pragnęłaś? 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są *