
w roztańczonym spokoju
kościoła przeklętych
rozłożyłaś przede mną mapę
miasto, którego sieć ulic i dzielnic rozpoznaję
jak ułożenie palców na klawiaturze komputera
miasto, gdzie dobrze znam miejsca,
gdzie nie warto jeść albo się uśmiechać
miasto ułożone w drżącym od gniewu i świateł
balansie terytoriów oznaczonych jaskrawymi tagami
miasto, które umiera i na nowo powstaje
każdego poranka i każdego wieczoru
wypacza się teraz i odkształca
zrozumieniem nowych, krwawych zależności
nazwiska i tytuły, rody i klany, zasady i prawa
rozbłyskują nowymi znaczeniami, które mają mieć teraz dla mnie
śmiertelnie poważne znaczenie
a w mojej głowie brzmi tak głośno
jak łatwo obiecałaś mi ostateczną śmierć
jak nikła była nadzieja Bethany i Omara
jak przeszywający był ból kłów Jamesa
jak obezwładniająca sama aura Emila
narasta we mnie przerażające zrozumienie konsekwencji
niedopełnienia rozlicznych praw i powinności Spokrewnionych
a w mojej krwi wybrzmiewa echo mnie samej
wraz z całym przekleństwem Kaina
wraz z całym dziedzictwem Haqima
wraz z całą złożonością Camarilii
wraz z całą powinnością Potomka
wolność decyzji wydaje mi się żałośnie kruchym konceptem
a wybór tylko złudzeniem w zbiorze przypadków
naniesionych na skomplikowaną mapę, której nie umiem przeczytać
wychodząc ubieram maskę zamiast twarzy
czuję strach i szacunek
czy tego właśnie pragnęłaś?

Dodaj komentarz